Strona głównaAktualnościAdam Zbyryt: Syndrom przesuwającego się punktu odniesienia, czyli jak przyzwyczajamy się do znikającego świata

Adam Zbyryt: Syndrom przesuwającego się punktu odniesienia, czyli jak przyzwyczajamy się do znikającego świata

niedziela, 1 lutego, 2026

Co miesiąc na stronie naszej fundacji pojawiać się będą ważne teksty na tematy związane z bioróżnorodnością, ekologią i zmianami klimatu. Zapraszamy do lektury najnowszego artykułu autorstwa biologa i popularyzatora nauki, Adama Zbyryta.

Pamiętam opowieści mojego dziadka, w których z rozrzewnieniem wspominał swoje dzieciństwo. Pełno w nim było przyrody. Pójdźki, dudki, kraski, gniazdowały niemal w każdym śródpolnym zadrzewieniu, a na wiosnę wszystkie rowy melioracyjne pełne były żab, odbywających w nich gody. Podmokłe łąki pokrywały kobierce kaczeńców, nad którymi krążyły setki kwilących czajek i rycyków. W czasie mojego dzieciństwa, mimo że spędzałem je w tym samym miejscu co on, doświadczyłem tylko namiastki tego, o czym słyszałem od dziadka. Pójdziek i krasek dawno już nie było, spośród czajek i rycyków pozostały niedobitki i tylko żaby trzymały się wtedy jeszcze całkiem nieźle. Nigdy nie zapomnę tych ogromnych zwałów skrzeku w rowach melioracyjnych, a potem setek tysięcy, a może nawet milionów kijanek, które kłębiły się w wysychającej wodzie niczym wielka, czarna masa. Zanim rowy wyschły całkowicie, kijankom wyrastały tylne kończyny i mogły bezpiecznie rozejść się po okolicy. Jako dziecko uwielbiałem obserwować ten niezwykły i cykliczny spektakl przyrody. Dziś tych miejsc już nie ma. Osuszone, wykarczowane, zabudowane. Mogę o nich tylko opowiadać mojemu synowi, ale będzie to tylko moja opowieść, a nie jego doświadczenie.

Syndrom przesuwającego się punktu odniesienia

Powyższa historia ma na celu zobrazować to, że każde pokolenie dorasta w innym świecie przyrody. Jedni, jak mój dziadek, pamiętają wiosny pełne ptasiego śpiewu, rechotu tysięcy żab, inni dzieciństwo, w którym spotkanie z jedną żabą było wielkim wydarzeniem. I niemal każdy z nas – niezależnie od wieku – ma skłonność uznawać ten świat, który zna z własnych doświadczeń, za normalny stan wyjściowy do oceny jego zasobów. Właśnie to zjawisko nazywamy w psychologii środowiskowej syndromem przesuwającego się punktu odniesienia (ang. shifting baseline syndrome) między kolejnymi generacjami ludzi.
Przesuwający się punkt odniesienia polega na tym, że oceniamy stan przyrody przez pryzmat własnej pamięci, a nie w odniesieniu do dłuższej historii, w tym danych historycznych. Oznacza to, że jeśli ktoś dorastał w środowisku już zubożonym, nie odczuwa straty – bo nie wie, że coś zostało utracone lub ciężko mu się do tego odnosić, gdyż osobiście tego nie doświadczył i akceptuje gorszy stan środowiska. Nie jest to efekt ignorancji ani braku wrażliwości. To mechanizm społeczny i psychologiczny, który działa konsekwentnie u niemal wszystkich ludzi.

Początki badań nad tym zjawiskiem

Zjawisko to zostało spopularyzowane przez biologa morskiego Daniel Pauly, który opisał je, badając zasoby rybne mórz i oceanów. Zauważył, że dla rybaków „normalny” stan łowisk zawsze odpowiadał temu, co pamiętali z początku swojej kariery. Problem polegał na tym, że młodsi rybacy zaczynali pracę w świecie bardziej wyeksploatowanym niż poprzedni. To, co starzy rybacy mogli uznawać za dramatyczny spadek liczebności ryb, przez młodszych było traktowane jako „naturalny” stan rzeczy i trudno było im sobie wyobrazić, że mogło być dawniej inaczej.

Bocian biały jako symbol zjawiska

Ten sam mechanizm działa na lądzie – w lasach, na polach, nad rzekami i jeziorami. Krajobraz nie zmienia się z dnia na dzień. Zmienia się powoli, często niemal niezauważalnie, ale w dłuższym czasie, jednego pokolenia, zmiany mogą zostać dostrzeżone. Dobrą ilustracją do tego jest spadek liczebności populacji bociana białego w północno-wschodniej Polsce w przeciągu ostatnich 50 lat. Żaden inny region w naszym kraju nie kojarzy się tak bardzo z tym ptakiem. Jeszcze kilka dekad temu wielkie kolonie lęgowego bociana białego, przekraczające niekiedy 50 gniazd były dość powszechne. Dziś, mało które skupiają ponad 20 par lęgowych. Starsi mieszkańcy Warmii, Mazur i Podlasia doskonale pamiętają takie obrazki. Niemal na każdym domu, na każdym słupie we wsi znajdowało się bocianie gniazdo. Od prawie 20 lat populacja tego gatunku mocno się zmniejsza. W naukach socjologicznych przyjmuje się, że co tyle pojawia się nowe pokolenie. Pokolenie, dla którego brak bocianów w wielu miejscach, jest czymś normalnym.

Dlaczego ludzie nie czują potrzeby działania

Syndrom przesuwającego się punktu odniesienia jest szczególnie niebezpieczny dlatego, że nie wymaga złej woli. Nie potrzebuje negowania nauki ani otwartego konfliktu wokół ochrony środowiska. Działa także wtedy, gdy ludzie deklarują, że przyroda jest dla nich ważna. Jeśli jednak nie mają porównania, nie czują pilności podejmowania żadnych działań, aby zapobiegać utracie bioróżnorodności. A skoro „zawsze tak było”, to po co coś zmieniać? Tym bardziej że wymaga to często pewnych ograniczeń i nakładu środków, co nierzadko spotykanie się z niezrozumieniem, a nawet wrogością. Jeśli ojciec polował na kaczki, to dlaczego ja nie mogę tego robić? Z tym dylematem mierzymy się obecnie, starając się objąć ptaki łowne ochroną gatunkową. Pomimo wiedzy na temat spadku liczebności kaczek: czernicy czy głowienki o 80% w ciągu ostatnich czterech dekad, wielu myśliwych nie uważa, że należy przestać do nich strzelać.

Przyczyny zjawiska

Zjawisko to jest ściśle powiązane z zanikiem wiedzy przyrodniczej. Coraz częściej potrafimy powiedzieć, że ptaki czy owady znikają, ale nie umiemy wskazać, które dokładnie. A anonimowość sprzyja obojętności. Jeśli nie potrafimy rozróżnić wróbla od mazurka, trudno zauważyć, że jeden z nich przestał się pojawiać przy karmniku. Zatem zjawisko to nie dotyczy wyłącznie liczebności organizmów, ale także naszej zdolności do ich dostrzegania.
Współczesny styl życia dodatkowo wzmacnia ten proces. Coraz więcej ludzi dorasta w miastach, coraz mniej czasu spędza na świeżym powietrzu, a kontakt z naturą staje się czymś planowanym i okazjonalnym, a nie spontanicznym i powszechnym. Przyroda przestaje być codziennym tłem życia, a zaczyna być miejscem do odwiedzenia. W takiej sytuacji znika naturalna ciągłość obserwacji – coś, co kiedyś pozwalało porównywać rok do roku, dekadę do dekady. Jeśli dziecko nie widziało nigdy na wiosnę zalanych wodą łąk z tysiącami kaczek, gęsi, łabędzi, czajek, rycyków i batalionów, nie zrozumie, dlaczego dzisiaj te same przesuszone i pozbawione większości tych ptaków łąki są czymś, czym powinniśmy się niepokoić. Dla niego są czymś normalnym.

Wymiar kulturowy

Syndrom przesuwającego się punktu odniesienia ma również wymiar kulturowy. W literaturze, języku i opowieściach coraz rzadziej pojawiają się odniesienia do dzikiej przyrody obecnej tu i teraz, a zastępuje je technologia. Zwierzęta co najwyżej stają się symbolami albo bohaterami bajek, a nie realnymi sąsiadami człowieka, mieszkającymi tuż za płotem, w pobliskim lesie czy na łące. W efekcie nasza wyobraźnia ekologiczna kurczy się razem z rzeczywistym spadkiem bioróżnorodności. A bez bogatej wyobraźni trudno budować poczucie odpowiedzialności. Tym bardziej że często w wielu miejscach niewiele wiemy na temat bioróżnorodności albo niewiele osób o niej pamięta. Często z ich odejściem tracimy całkowicie tę wiedzę. Taka utrata pamięci ekologicznej obniża nasze oczekiwania wobec środowiska i prowadzi do zaakceptowania środowisk uboższych biologicznie niż te, które istniały wcześniej. Ta zmiana punktów odniesienia wpływa nie tylko na wiedzę naukową, ale też na problemy zarządzania, ochrony i odbudowy ekosystemów, ponieważ cele ochrony mogą zostać ustawione zbyt nisko, akceptując degradację jako normę. Już dziś w wielu planach ochrony dla obszarów Natura 2000 jako główne cele ochrony wpisuje się utrzymanie liczebności populacji ptaków na poziomie takim samym lub trochę niższym od zastanego, a nie planuje się dążenia do jej wzrostu.

To wszystko sprawia, że każde kolejne pokolenie startuje z coraz niższego poziomu oczekiwań wobec świata przyrody. To, co dla jednych jest wyraźnym zubożeniem, dla innych staje się punktem wyjścia. Syndrom ten działa więc jak mechanizm społecznego zobojętnienia – nie dlatego, że ludzie przestają się przejmować, ale dlatego, że nie wiedzą już, czym mieliby się przejmować.W tym sensie szczególna odpowiedzialność spoczywa na dorosłych. To oni są często ostatnim ogniwem pamięci – nosicielami wiedzy o tym, jak wyglądała przyroda jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Jeśli ta pamięć nie zostanie przekazana dalej, punkt odniesienia przesunie się jeszcze bardziej. Nie w wyniku świadomej decyzji, lecz zwykłego braku opowieści.

Co możemy z tym zrobić?

Czy da się temu przeciwdziałać? Nie cofniemy czasu ani nie przywrócimy świata sprzed stu lat. Możemy jednak zatrzymać przesuwanie się punktu odniesienia. Poprzez nazywanie gatunków, dokumentowanie zmian, opowiadanie historii przyrody i przywracanie jej obecności w codziennym doświadczeniu. Każdy spacer, każda rozmowa o tym, jak było kiedyś, każdy zapis obserwacji ma znaczenie – bo tworzy nowy punkt odniesienia dla przyszłości.

Przyroda to nie tylko zbiór organizmów i ekosystemów. To także pamięć – biologiczna, kulturowa i osobista. Utrata tej pamięci sprawia, że nawet poważne straty przestają być zauważalne i traktowane poważnie, a czasami nawet jeśli zostaną dostrzeżone, to są traktowane jako akceptowalne na drodze rozwoju. Być może więc największym zagrożeniem dla przyrody nie jest samo jej niszczenie, lecz fakt, że coraz łatwiej i szybciej przyzwyczajamy się do coraz uboższego świata i zaczynamy uważać go za normalny. Z tego powodu potrzebujemy dobrych opowieści o przyrodzie.

Newsletter pełen dobrej energii

Zostaw nam swój e-mail, a damy ci znać o kolejnych akcjach pełnych dobrej energii.