Strona głównaAktualnościAdam Zbyryt: Dzieci znają więcej nazw Pokémonów niż dzikich zwierząt

Adam Zbyryt: Dzieci znają więcej nazw Pokémonów niż dzikich zwierząt

czwartek, 30 lipca, 2026

To nie jest zabawna ciekawostka, lecz sygnał ostrzegawczy. Wyobraźcie sobie przeciętne ośmioletnie dziecko. Potrafi bez wahania rozpoznać postacie Pokemonów takie jak Pikachu, Charizarda czy Bulbasaura. Wie, jakie mają moce i w co ewoluują. To samo dziecko nie umie wskazać kosa, rudzika, grabu czy lipy, choćby przed nimi stało.

Brzmi jak anegdota? Niestety nie. Badania naukowe od ponad dwudziestu lat pokazują, że dzieci coraz lepiej znają świat stworzony przez człowieka niż przyrodę, która znajduje się tuż za oknem. To zjawisko nie dotyczy jednego kraju ani jednej kultury. Obserwuje się je w wielu miejscach świata i coraz częściej określa jako jeden z najważniejszych problemów współczesnej edukacji przyrodniczej. I nie chodzi wyłącznie o brak wiedzy. Znacznie poważniejsze jest to, co z niego wynika.

Eksperyment, który przeszedł do historii

W 2002 roku Andrew Balmford i współpracownicy opublikowali w magazynie „Science”, jednym z najbardziej prestiżowych czasopism naukowych na świecie, krótką, ale niezwykle wpływową pracę zatytułowaną „Dlaczego obrońcy przyrody powinni zwracać uwagę na Pokémony” (oryg. Why Conservationists Should Heed Pokémon). Badacze pokazali brytyjskim dzieciom zdjęcia dziesięciu pospolitych gatunków dzikich organizmów oraz dziesięciu Pokémonów. Wyniki okazały się zaskakujące nawet dla autorów. Dzieci znacznie lepiej rozpoznawały fikcyjne postacie niż rośliny i zwierzęta występujące w ich najbliższym otoczeniu. Około ósmego roku życia poprawnie identyfikowały blisko 80% Pokémonów, natomiast jedynie nieco ponad połowę pospolitych gatunków.

Co ciekawe, autorzy nie uznali tego za dowód słabej pamięci dzieci. Wręcz przeciwnie. Badanie pokazało, że dzieci potrafią zapamiętywać ogromną liczbę nazw, cech i zależności. Problem polega na tym, czego mają okazję się uczyć i co uznają za interesujące. Wiem, że to powszechne zjawisko, gdyż mnie też to spotkało. Gdy mój syn był pierwszej klasie szkoły podstawowej, znał więcej nazw Pokémonów niż zwierząt i roślin żyjących wokół nas. Na szczęście szybko udało mi się to zmienić, zanurzając się z nim w okolicznych lasach, polach i łąkach. Nie wszystkie jednak dzieci mają rodziców przyrodników czy biologów. Nie jest też tak, że ten świat wymyślony, jak Pokémony jest atrakcyjniejszy. Wiele postaci tych stworzeń wiernie naśladuje swoim wyglądem i cechami prawdziwe zwierzęta!

Co jest atrakcyjniejszego w Pokémonach od przyrody?

Przyroda nie została zaprojektowana po to, aby przyciągać uwagę człowieka. Pokémony tak. Za każdą postacią stoją projektanci, psychologowie, graficy i specjaliści od marketingu, których celem jest stworzenie bohatera zapadającego w pamięć i budzącego emocje. Za śpiewakiem, grabem czy traszką stoi natomiast ewolucja, której celem nie było zainteresowanie dzieci, lecz przetrwanie gatunku.
Paradoks polega na tym, że rzeczywistość jest znacznie bardziej fascynująca niż fikcja. Problem w tym, że wymaga przewodnika. Kiedy dziecko dowiaduje się, że sokół wędrowny potrafi w locie nurkującym osiągnąć prawie 390 km/h, ogon jaszczurki może odpaść i odrosnąć wielokrotnie, a bocian podczas wędrówki pokonuje tysiące kilometrów bez mapy i GPS, prawdziwa przyroda zaczyna konkurować z fikcyjnym światem.
Można więc postawić tezę, że dzieci nie wybierają Pokémonów dlatego, że są ciekawsze od przyrody. Wybierają je dlatego, że ktoś wykonał ogromną pracę, aby stały się ciekawe. Gdybyśmy z podobnym zaangażowaniem opowiadali dzieciom o prawdziwych zwierzętach i roślinach, wiele z nich odkryłoby, że natura nie potrzebuje wymyślonych supermocy, by zadziwiać. Wręcz przeciwnie. To właśnie ewolucja stworzyła zdolności, które często przewyższają najbardziej pomysłowe scenariusze autorów gier.

Egzotyczny lew jest bliższy niż jeż zza płotu

Podobne wyniki do tych na temat rozpoznawania Pokémonów przez brytyjskie dzieci uzyskano później w innych krajach. W Hiszpanii wykazano, że dzieci znacznie lepiej rozpoznają lwa, żyrafę, słonia czy tygrysa niż rodzime gatunki zwierząt żyjące na Balearach. Zwierzęta afrykańskie, znane z filmów, książek i zabawek, okazały się dla nich bardziej znajome niż gatunki, które mogły spotkać podczas spaceru. Na ich obronę muszę jednak dodać, że sam wychowywałem się w czasach, gdzie w telewizji można było oglądać mnóstwo filmów o egzotycznych zwierzętach, ale brakowało takich z naszego podwórka. Sam wiedziałem wtedy więcej o słoniach i lwach niż jelenich czy sarnach.
Nic dziwnego, że badania z Francji potwierdziły właśnie to, czego sam wtedy doświadczyłem. Nie tylko lepiej rozpoznawały egzotyczne gatunki, ale również częściej deklarowały chęć ich ochrony niż lokalnej fauny. To bardzo niepokojące, bo wartościuje przyrodę na lepszą, atrakcyjniejszą i cenniejszą, gdzieś tam w odległych krajach niż w najbliższej okolicy. A ta potrafi być naprawdę fascynująca. Wystarczy tylko zacząć ją odkrywać.
Przykłady te pokazują jednak jeszcze jedną ważną rzecz. Emocjonalna więź z przyrodą nie powstaje automatycznie. Tworzy się poprzez doświadczenia. Trudno troszczyć się o coś, czego się nie zna i nie rozumie.

„Niewidzialne” rośliny

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w przypadku roślin. Biolodzy od lat opisują zjawisko określane dziś jako „nierówność w dostrzeganiu roślin” (ang. plant awareness disparity). Większość ludzi zwraca uwagę przede wszystkim na zwierzęta, natomiast rośliny stają się jedynie zielonym tłem. Stają się widzialne tylko z rzadka i dotyczą roślin o wyjątkowo ładnych kwiatach. Jednak nawet wielkie i dostojne drzewa pozostają tylko drzewami.
Zapytajcie losowo wybrane dzieci o sosnę, świerka czy dąb. Duża część z nich będzie miała trudność z rozpoznaniem tych pospolitych gatunków. Jednocześnie bez problemu wskażą logo popularnej sieci fast foodów, butów czy producenta smartfonów.

Nie oznacza to, że dzieci są mniej inteligentne niż wcześniejsze pokolenia. Ich mózgi działają dokładnie tak samo jak dawniej. Diametralnie zmieniło się jednak środowisko, w którym się wychowują i dorastają. Światy wirtualne i silnie zurbanizowane zaczynają zastępować światy naturalne.

Świat, który coraz rzadziej pachnie lasem

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu dzieci spędzały znacznie więcej czasu poza domem. Budowały szałasy, łapały żaby, obserwowały mrówki i pająki, wspinały się na drzewa i wracały do domu z kieszeniami pełnymi kasztanów czy żołędzi. Dzisiaj wiele dzieci dorasta w świecie ekranów. Wolny czas coraz częściej wypełniają media społecznościowe, gry komputerowe, filmy i seriale. Kontakt z przyrodą staje się zaplanowaną atrakcją, a nawet ta rzadko pozwala na swobodę i dziecięcą eksplorację, a przestaje być codziennością. Do tego dochodzi powszechna urbanizacja. Coraz więcej dzieci mieszka na osiedlach, gdzie najbliższy fragment bardziej naturalnej przyrody znajduje się kilka, a czasami nawet kilkadziesiąt kilometrów od domu. Nawet jeśli w pobliżu są drzewa, nawet wyjątkowo duże i urodziwe, często nie stają się przedmiotem zainteresowania. Są elementem krajobrazu, który łatwo przestaje się zauważać.

Dlaczego to naprawdę ma znaczenie?

Można by zapytać, czy rzeczywiście jest problemem to, że dziecko nie odróżnia grabu od buka albo kosa od śpiewaka. Z punktu widzenia ekologii odpowiedź brzmi: tak. Rozpoznawanie gatunków jest pierwszym krokiem do budowania relacji z przyrodą. Trudno zainteresować się losem organizmu, którego nawet nie potrafimy nazwać. Jeszcze trudniej dostrzec jego zanikanie. Badania psychologiczne pokazują, że ludzie znacznie silniej angażują się w ochronę tych gatunków, które znają i z którymi wiążą pozytywne doświadczenia. Wiedza staje się więc początkiem troski. Jeżeli kolejne pokolenia przestaną rozpoznawać pospolite gatunki, mogą również przestać zauważać ich zniknięcie. A to oznacza mniejsze społeczne poparcie dla ochrony przyrody, mniejsze zainteresowanie naukami przyrodniczymi i słabszą gotowość do podejmowania decyzji uwzględniających środowisko.

Zanik doświadczenia

Amerykański pisarz Richard Louv spopularyzował pojęcie „zespołu deficytu natury.” Nie jest ono jednostką chorobową, lecz opisem zjawiska polegającego na coraz słabszym kontakcie ludzi z przyrodą. Coraz więcej badań wskazuje, że regularne przebywanie w środowisku naturalnym poprawia koncentrację, zmniejsza poziom stresu, wspiera rozwój emocjonalny i sprzyja aktywności fizycznej. Dzieci mające częsty kontakt z lasami, parkami czy łąkami zwykle lepiej poznają otaczający świat, ale również uczą się uważności, cierpliwości i obserwacji. Jeżeli kontakt z przyrodą ogranicza się do oglądania filmów lub wizyt w zoo, tracimy coś znacznie więcej niż wiedzę o gatunkach.

Co możemy stracić jako społeczeństwo?

Najpoważniejsze konsekwencje nie pojawią się jutro ani za rok. Będą narastać powoli. Społeczeństwo, które nie zna przyrody, łatwiej akceptuje jej degradację. Trudniej dostrzega znaczenie starych drzew, mokradeł czy martwego drewna. Łatwiej uwierzy, że las jest jedynie zbiorem drzew przeznaczonych do wycięcia, a rzeka przede wszystkim kanałem odprowadzającym wodę. Ewentualnie miejsce, gdzie łowi się ryby. To także wyzwanie dla nauki. Coraz mniej młodych ludzi wybiera kierunki związane z biologią, leśnictwem, ochroną przyrody czy ekologią. Nawet jeśli decyduje się na nie, to zwykle specjalizacje związane z pracą w sterylnym laboratorium. Trudniej znaleźć osoby, które będą w przyszłości prowadzić monitoring gatunków, badać zmiany klimatu czy chronić zagrożone ekosystemy. W dłuższej perspektywie może to oznaczać również gorszą jakość decyzji podejmowanych przez samorządy, przedsiębiorców i polityków. Trudno bowiem mądrze zarządzać czymś, czego się nie rozumie.

Jest jednak dobra wiadomość

Badania pokazują również coś bardzo optymistycznego. Zainteresowanie przyrodą można stosunkowo łatwo odbudować. Nie potrzeba do tego kosztownego sprzętu ani dalekich wypraw. Często wystarczy regularny spacer po lesie, wspólne obserwowanie ptaków, rozpoznawanie drzew, zaglądanie pod kamienie czy śledzenie tropów na błotnistej drodze. Dzieci są z natury ciekawe świata. Pytają, obserwują i chcą odkrywać. Problem nie polega na braku tej ciekawości, lecz na tym, że zbyt rzadko kierujemy ją ku prawdziwej przyrodzie.

Pokémony nie są naszym wrogiem. Gry, filmy i Internet również nim nie są. Kłopot zaczyna się dopiero wtedy, gdy fikcyjny świat całkowicie zastępuje ten prawdziwy. Bo jeśli dziecko potrafi rozpoznać kilkaset wymyślonych stworzeń, a nie zna ptaków śpiewających codziennie za swoim oknem, to nie świadczy o jego możliwościach. To mówi coś o świecie, który dla niego stworzyliśmy.

I właśnie dlatego warto częściej wyjść z dziećmi do lasu niż do galerii handlowej. Być może nie zapamiętają od razu wszystkich nazw gatunków. Zapamiętają jednak coś znacznie ważniejszego: że przyroda nie jest abstrakcyjnym pojęciem z podręcznika, lecz żywym światem, którego sami są częścią i który należy chronić dla wspólnego dobra.

 

Poprzednie felietony:

Newsletter pełen dobrej energii

Zostaw nam swój e-mail, a damy ci znać o kolejnych akcjach pełnych dobrej energii.