Wyobraźcie sobie, że ktoś prosi Was o wsparcie ochrony dwóch gatunków ptaków. Pierwszy nazywa się sokół patriotyczny, a drugi sokół zabójca. O żadnym z nich nic więcej nie wiecie. Nie widzieliście ich zdjęć, nie znacie ich biologii ani miejsca występowania. Macie jedynie ich nazwę. Który gatunek wzbudza większą sympatię? Zapraszamy do lektury kolejnego artykułu, który powstał w ramach naszej współpracy z przyrodnikiem Adamem Zbyrytem.
Eksperyment
Większość z nas chciałaby wierzyć, że takie rzeczy nie mają znaczenia. Przecież o ochronie przyrody powinny decydować fakty, twarde dane, a nie słowa. Okazuje się jednak, że ludzki umysł działa trochę inaczej. Nazwy zwierząt potrafią wpływać na nasze emocje, a te z kolei mogą przekładać się na to, które gatunki chcemy chronić, a które łatwo ignorujemy, a czasami wręcz przypinamy im negatywne etykiety.
To nie jest mój wymysł. Nazwy wykorzystane w tym przykładzie pochodzą z prawdziwego eksperymentu przeprowadzonego przez amerykańskich naukowców (a jakżeby inaczej!). Chcieli oni sprawdzić, czy samo brzmienie nazwy gatunku może wpływać na chęć jego ochrony. W tym celu poprosili 132 studentów Uniwersytetu George’a Masona o ocenę dwudziestu nazw zwierząt. Nie pokazywali fotografii, nie opowiadali o biologii gatunków ani o ich zagrożeniach. Uczestnicy mieli jedynie odpowiedzieć, czy poparliby działania na rzecz ich ochrony. Na liście znalazły się zarówno nazwy prawdziwe, jak i specjalnie stworzone na potrzeby eksperymentu.
Wyniki okazały się zaskakująco jednoznaczne. Gatunki o nazwach budzących pozytywne skojarzenia uzyskiwały średnio 65% poparcia dla ochrony. W przypadku nazw wywołujących negatywne emocje odsetek ten spadał do 51%. Co więcej, uczestnicy dwukrotnie częściej sprzeciwiali się ochronie zwierząt o negatywnie brzmiących nazwach niż tych o nazwach pozytywnych.
Największą sympatię zdobyły nazwy takie jak bielik amerykański (American Eagle), sokół patriotyczny (Patriot Falcon) czy wilk wielkoamerykański (Great American Wolf). Znacznie gorzej oceniano sokoła zabójcę (Killer Falcon), orła zjadającego owce (Sheep-eating Eagle) oraz kojota i jego mieszańca z wilkiem, określanego jako Coywolf. Co ciekawe, uczestnicy nie oceniali rzeczywistych zwierząt. Oceniali przede wszystkim emocje, jakie wywoływały same słowa.
Analityczne uproszczenia
Czy to oznacza, że jesteśmy powierzchowni? Niekoniecznie. Raczej pokazuje to sposób działania naszego mózgu. Każdego dnia dociera do nas ogromna liczba informacji. Gdybyśmy każdą z nich analizowali od podstaw, podejmowanie nawet najprostszych decyzji zajmowałoby godziny. Dlatego mózg korzysta z uproszczeń, które psychologowie nazywają heurystykami. Pozwalają one błyskawicznie ocenić sytuację na podstawie kilku sygnałów. Jednym z nich jest właśnie język.
Wystarczy usłyszeć słowo „zabójca”, aby w ułamku sekundy uruchomiły się skojarzenia z zagrożeniem, agresją i przemocą. Z kolei słowa takie jak „patriotyczny”, „złoty” czy „królewski” przywołują pozytywne emocje, zanim jeszcze zdążymy zastanowić się, co właściwie oznaczają. Nie dzieje się tak dlatego, że jesteśmy nieracjonalni. Przeciwnie. Jest to efekt milionów lat ewolucji, podczas których szybkie rozpoznawanie potencjalnych zagrożeń zwiększało szanse na przeżycie.
Wyobraźmy sobie naszych przodków przemierzających afrykańską sawannę. Szelest w trawie mógł oznaczać jedynie wiatr. Mógł jednak zwiastować także obecność lwa lub lamparta. Osobnik, który przez chwilę zastanawiał się, czy warto uciekać, miał znacznie mniejsze szanse na pozostawienie potomstwa niż ten, który reagował natychmiast. Ewolucja premiowała więc ostrożność i szybkie wyciąganie wniosków, nawet jeśli czasami prowadziły one do błędów. Lepiej pomylić się sto razy, niż raz popełnić błąd, który okaże się śmiertelny w skutkach.
Choć od tamtych czasów minęły setki tysięcy lat, nasz mózg wciąż działa według podobnych zasad. Nadal błyskawicznie klasyfikuje informacje jako potencjalnie dobre lub złe, bezpieczne lub niebezpieczne. Dzisiaj zamiast szelestu w wysokiej trawie często wystarcza jedno słowo, które kulturo nacechowane jest negatywnie. I właśnie dlatego nazwa zwierzęcia może mieć większe znaczenie, niż mogłoby się wydawać.
Napiętnowane orki
To zjawisko nie ogranicza się zresztą do laboratoriów psychologów. Każdego dnia spotykamy się z nim w mediach, filmach i codziennych rozmowach. Niektóre zwierzęta już sama nazwa stawia na uprzywilejowanej pozycji, inne od początku muszą walczyć z niekorzystnym wizerunkiem.
Dobrym przykładem jest orka. Przez dziesięciolecia w języku angielskim funkcjonowała głównie jako Killer whale, czyli dosłownie wieloryb zabójca. Nazwa ta skutecznie budowała obraz bezwzględnego morskiego drapieżnika. Tymczasem orki żyjące na wolności niemal nigdy nie atakują ludzi. Są natomiast niezwykle inteligentnymi zwierzętami żyjącymi w złożonych grupach rodzinnych, posiadającymi własne dialekty i przekazującymi wiedzę kolejnym pokoleniom. Współcześnie coraz częściej używa się po prostu nazwy Orca, która nie niesie ze sobą tak silnych negatywnych skojarzeń. Autorzy opisanego eksperymentu sugerują nawet, że takie zmiany nazewnictwa mogą zwiększać skuteczność kampanii ochroniarskich.
Straszny wilk
Podobny problem dotyczy wielu innych gatunków. Weźmy choćby wilka. W języku polskim samo słowo „wilk” jest stosunkowo neutralne, ale otacza je ogromny bagaż kulturowy. Od dzieciństwa słyszymy o złym wilku z Czerwonego Kapturka, wilku porywającym owce czy wilku czyhającym na ludzi w ciemnym lesie. Choć współczesna wiedza naukowa pokazuje zupełnie inny obraz tego gatunku, dawne opowieści nadal wpływają na nasze emocje. Co ciekawe, w opisanym eksperymencie nawet dodanie do nazwy Wolf słów Great American wyraźnie zwiększało poparcie dla ochrony tego gatunku. Z kolei określenie Gray Wolf, czyli po prostu wilk szary, uzyskiwało niższe oceny.
Nie oznacza to oczywiście, że kilka odpowiednio dobranych słów wystarczy, aby całkowicie zmienić nasze poglądy. Byłoby to zbyt daleko idące uproszczenie. Nazwa jest tylko jednym z wielu elementów wpływających na odbiór gatunku. Znaczenie mają również wygląd zwierzęcia, jego wielkość, zachowanie, a nawet to, jak często pojawia się w filmach, książkach czy mediach społecznościowych.
Ładny znaczy dobry, brzydki oznacza zły
Doskonale widać to w przypadku tzw. gatunków charyzmatycznych. Panda wielka, tygrys, słoń afrykański czy niedźwiedź polarny stały się ikonami ochrony przyrody nie tylko dlatego, że są zagrożone. Pomaga im także wygląd. Duże oczy, zaokrąglona głowa, miękkie futro czy charakterystyczne umaszczenie sprawiają, że łatwo wzbudzają sympatię. Wiadomo, że atrakcyjność fizyczna wpływa na nasze decyzje i oceny. Nie dotyczy to wyłącznie ludzi. Podobny mechanizm sprawia, że chętniej wspieramy ochronę zwierząt, które wydają się nam piękne, sympatyczne lub niewinne.
Znacznie trudniej mają zwierzęta mniej efektowne. Nietoperze, sępy, hieny czy rekiny przez wiele lat przedstawiano głównie jako symbole niebezpieczeństwa, chorób lub śmierci. Tymczasem każdy z tych gatunków odgrywa niezwykle ważną rolę w funkcjonowaniu ekosystemów. Sępy usuwają padlinę, ograniczając rozprzestrzenianie się chorób. Nietoperze zjadają ogromne ilości owadów, w tym wielu szkodników upraw. Rekiny utrzymują równowagę w morskich sieciach pokarmowych. Problem polega na tym, że ich znaczenie ekologiczne nie zawsze potrafi przebić się przez emocje wywoływane przez nazwę lub utrwalony przez kulturę wizerunek.
To pokazuje, jak ogromną siłę mają opowieści. Człowiek nie postrzega świata wyłącznie poprzez liczby i fakty. Potrzebujemy historii, które pomagają nam uporządkować rzeczywistość. Nazwa zwierzęcia często staje się pierwszym rozdziałem takiej historii. Jeżeli już na początku pojawiają się skojarzenia z zagrożeniem, agresją lub czymś odrażającym, później znacznie trudniej je zmienić. Nawet wtedy, gdy nauka przedstawia zupełnie inny obraz gatunku.
Na szczęście historia nie kończy się na tym, że jesteśmy zakładnikami pierwszego wrażenia. Gdyby tak było, ochrona wielu gatunków od dawna byłaby skazana na porażkę. Badania pokazują bowiem coś jeszcze. Im więcej wiemy o zwierzętach, tym mniejsze znaczenie mają nasze początkowe uprzedzenia. Wiedza potrafi zmieniać emocje.
Wiedza rodzi szacunek
Dobrym przykładem są nietoperze. Jeszcze do niedawna większości osób kojarzyły się przede wszystkim z wampirami, ciemnymi jaskiniami i chorobami. Tymczasem wystarczy dowiedzieć się, że jeden niewielki karlik może w ciągu nocy schwytać kilka tysięcy komarów i innych owadów. Nagle zwierzę, które wcześniej budziło niechęć, zaczyna być postrzegane jako niezwykle pożyteczny sprzymierzeniec człowieka.
Podobnie jest z sępami. Trudno uznać je za symbol piękna. Łysa głowa, masywny dziób i zwyczaj żywienia się padliną nie należą do cech, które spontanicznie wzbudzają zachwyt. A jednak wystarczy spojrzeć na ich rolę w przyrodzie. Usuwając martwe zwierzęta, ograniczają rozwój bakterii i wirusów, zmniejszają ryzyko rozprzestrzeniania się chorób oraz przyspieszają obieg materii w ekosystemach. To jedni z najważniejszych sanitariuszy świata przyrody. Kiedy poznajemy ich funkcję, przestajemy patrzeć wyłącznie na wygląd.
To zresztą nie dotyczy tylko zwierząt. Podobny mechanizm opisywałem w jednym z wcześniejszych artykułów poświęconych naturalnym lasom. Dla wielu osób Puszcza Białowieska wydaje się chaotyczna, zaniedbana i pełna bałaganu. Dopiero gdy zrozumiemy, jaką rolę pełnią martwe drzewa, powalone pnie czy gęsty podszyt, ten pozorny chaos zaczyna układać się w niezwykle złożony i fascynujący porządek. Ze zwierzętami jest podobnie. Im lepiej poznajemy ich biologię, tym mniej oceniamy je na podstawie pierwszego wrażenia, a coraz bardziej doceniamy ich miejsce w świecie przyrody.
Opowieść ma znaczenie
To ważna wskazówka dla wszystkich zajmujących się edukacją przyrodniczą. Nie wystarczy przekazywać suche fakty. Trzeba również zastanowić się, jak o zwierzętach opowiadamy. Czy skupiamy się wyłącznie na tym, że wilk jest drapieżnikiem? Czy mówimy o rekinach przede wszystkim w kontekście ataków na ludzi, choć są one niezwykle rzadkie? Czy przedstawiamy nietoperze jako nosicieli chorób, jak wścieklizna, pomijając ich ogromne znaczenie dla funkcjonowania ekosystemów?
Każde słowo, którego używamy, buduje określony obraz. A ten obraz może później wpływać na decyzje społeczne i polityczne. Łatwiej przekonać ludzi do ochrony gatunku, który budzi sympatię, niż takiego, który od pierwszej chwili kojarzy się z zagrożeniem. Nie oznacza to, że powinniśmy upiększać rzeczywistość lub zmieniać nazwy wszystkich nielubianych zwierząt. Byłoby to nieuczciwe. Powinniśmy natomiast mieć świadomość, że język nigdy nie jest obojętny.
Możliwe, że właśnie dlatego tak wiele organizacji zajmujących się ochroną przyrody poświęca dziś ogromną uwagę komunikacji. Coraz częściej mówi się nie tylko o biologii gatunków, ale także o sposobie opowiadania o nich. Dobra historia potrafi zainteresować ludzi znacznie skuteczniej niż najbardziej szczegółowy raport naukowy. A zainteresowanie jest zwykle pierwszym krokiem do zrozumienia. Zrozumienie prowadzi do akceptacji, a dopiero ona może przełożyć się na realną chęć ochrony.
Być może więc ochrona przyrody zaczyna się znacznie wcześniej, niż nam się wydaje. Nie w momencie wyznaczania nowych parków narodowych, tworzenia planów ochrony czy prowadzenia kosztownych programów restytucji. Zaczyna się wtedy, gdy po raz pierwszy słyszymy nazwę zwierzęcia i w naszej głowie rodzi się jego obraz.
Od tego pierwszego skojarzenia może zależeć zaskakująco wiele. Nie tylko to, czy dane zwierzę polubimy, ale również to, czy uznamy, że warto je chronić.
Bo zanim zaczniemy ratować gatunek, najpierw musimy chcieć to zrobić. A czasami o tym, czy taka chęć się pojawi, decyduje zaledwie… jedno słowo.